Podróż pociągiem życia

Lecieliśmy po krętej ciemnej zjeżdżalni przez szklany korytarz. Patrząc się na ściany widziało się swoją przeszłość aż od narodzin. Byłem całkiem mały, a na sali kręciło się sporo ludzi, wyglądających jakby czekali na cud i byli trochę spanikowani. Na łóżku leżała kobieta z zamyśloną twarzą o niebieskich oczach patrzących się na mnie, a ja się darłem.
Dalej już nie patrzyłem. Nie chciałem tego znać. Podróż pociągiem życia się jakby dłużyła, trwała wieki. W końcu jednak wylecieliśmy z tego tunelu, ale prosto do czerni. Głębokiej czerni, która pochłonęła nas całych. Wyglądało to tak jakbyśmy znaleźli się w galarecie i nie mogliśmy się z niej wydostać.
Ta galareta mówiła ludzkim głosem i twierdziła, że jest bogiem. Kazała mi się nie martwić i obiecała pomoc. Dowiedziałem się od niej, że zaprowadzi mnie tam, gdzie dowiem się prawdy.
Wciągnęła nas głębiej tak, że miałem wrażenie, że widzę czyjeś ścianki jelita. W końcu nie wiem co się stało znowu nic nie widziałem. Szedłem jak zahipnotyzowany w nieznane mi miejsce w stronę jakiegoś dziwnego budynku. Zdawało mi się, że prowadzą mnie czyjeś oczy. Zastanawiałem się czyje, choć i tak pewnie miałem się dowiedzieć.
Pamiętna noc
Dzisiaj w nocy znalazłem się w laboratorium i leżałem na łóżku przypięty pasami. Byłem oszołomiony i bolała mnie głowa, a obok mnie leżało jeszcze kilkoro ludzi także przywiązanych. Każdy innego gatunku, ale nie mogłem jednak z nimi porozmawiać.
Wokół nas były szare popękane ściany i leżało pełno słoików na ladach z jakimiś cuchnącymi zielonymi płynami. Zastanawiałem się przerażony co ze mną zrobią, a przede wszystkim, gdzie był Mexi. Pamiętam, że szedł razem ze mną, hyhm.
Po jakimś czasie do pomieszczenia wszedł szaleniec w białym kitlu z nożem. Miał szlamowatą cieknącą twarz i galaretowate ręce. Stanął nad jednym z moich towarzyszy mówiąc, że chce przejąć nad nami kontrolę, bo on chce żebyśmy zostali jego sługami. Odciął koledze nogę i zaczął wymieniać na kawałek metalu z wgranym programem mającym sterować naszymi myślami. Nie rozumiem za bardzo tego, przecież mógł zwyczajnie wstawić każdemu z nas chip do mózgu. Najwyraźniej nasz naukowiec nie był za bardzo rozgarnięty, gdyż mimo to wszystkim próbował wymienić kończynę i gdy zajmował się już przedostatnią osobą, ja już pomału się zdążyłem wydostać z pułapki.
Ucieczka

Postanowiłem szaleńcowi uciec. Wybiegłszy z miejsca terroru znalazłem się w ciemnym tunelu, który przypominał jaskinię. Zamiast lamp świeciły się, gdzie nie gdzie zapalone pochodnie. Idąc dalej po drodze mijałem inne pokoje. Było słychać krzyki i wydawało mi się, że ktoś wołał pomocy. Chyba innym też nie dopisało szczęście. Ciekawe po co byli mu tamci potrzebni. -Zastanawiałem się. Zapewne do jakichś niecnych zamiarów. Nie miałem jednak czasu sprawdzić co się tam działo, musiałem ratować własne życie.
Przede mną wyskoczył jakiś inny zboczeniec z pałką. Chyba był to ochroniarz. Miał na sobie wojskową kamizelkę w błotniste plamy, a u boku pałkę. Patrzył się złowrogo w moją stronę. Brakowało tylko, by pojawił się ktoś z karabinkiem i zaczął strzelać. Biegłem dalej mimo wszystko nie zważając na nikogo. Kazał mi się zatrzymać, ale ja tylko zgasiłem światło, kopnąłem go i wyrwałem pałkę.
Przynajmniej miałem już jakąś broń. – pomyślałem.
Gdy znalazłem się przy wyjściu, bo takie miałem wrażenie, poczułem się pewniej. Jednak nie byłem do końca bezpieczny, gdyż teren był chroniony przez radary i kamery, gdyby ktoś jakimś cudem uciekł z placówki. W oddali kręcili się też jacyś ludzie z psami chorymi na wściekliznę. Pomimo tego biegłem dalej przed siebie, musiałem biec, gdyż nie było innego wyjścia, chyba że pozwolić zawładnąć któremuś z szaleńców nad swoim umysłem, ale wtedy całe przedsięwzięcie nie miałoby żadnego sensu.
Za bramą
Wkrótce minąłem czarną bramę z kolcami i znalazłem się przy płocie pod napięciem. Z początku nie wiedziałem co robić. Myślałem, że to już mój koniec i zostanę przymusowym sługą nie wiadomo kogo, ale w końcu znalazłem pokrywę od ścieków i uznałem, że tędy mogę się wydostać. Otworzyłem więc klapę i zszedłem na dół. Drogę miałem jednak na oślep, ale trudno.
Lepiej się plątać po kanałach ze szczurami niż oglądać skalpele i ten zakrwawiony nóż, którym i ja miałem przejść operację zamiany świadomości, a potem robić nie wiadomo co. Szedłem tak nie wiedząc do końca, dokąd. Gdzieś daleko. Przed siebie, kierując się własną intuicją przez kanały oblepione śluzem. Wkrótce zobaczyłem światło. Z początku słabe, ale była to już jakaś nadzieja, że się idzie we właściwą stronę.
Kanały pod ośrodkiem

Nagle usłyszałem coś dziwnego i trochę się zląkłem, bo myślałem, że On odkrył moją ucieczkę i posłał za mną pościg. Przyśpieszyłem więc kroku, ale okazało się, że obok minie płynęła rzeczka, z której poczułem zapach stęchlizny, tak jakby kawałki czyjegoś ciała. Nie myliłem się. To były nogi różnych osób. Stwierdziłem, że chyba nadal jestem nie daleko tamtej placówki. Przeraziło mnie to, znowu zabrakło mi pewności, chociaż mogłem być tak naprawdę już daleko i one tylko przypłynęły razem z rzeczką. Poszedłem więc mimo wszystko w kierunku źródełka, by sprawdzić skąd płynie.
Niestety czarne przeczucie się potwierdziło. Cały czas byłem na terenie placówki, tyle że pod nią. Stałem dokładnie pod miejscem terroru, ale przy innym pokoju. Nade mną bulgotała woda. Coś się przelewało. Znowu usłyszałem dźwięk ostrzonego skalpela i jęki. Ten chory śmiech się przeciągał i był wyraźniejszy. Poczułem jeszcze większy strach niż przedtem.
Przede mną ukazało się światło latarki, pomyślałem, że to już mój koniec. On mnie ścigał. Zacząłem wiać znowu w korytarzach czeluści. Biegłem wystraszony, a nie wiem czemu. Przecież miałem ze sobą pałkę, ale trudno. Trzeba było się jakoś z tego wydostać i pójść do domu, chociaż nie bardzo wiedziałem po co przecież znowu by mnie zamknęli.
Trzeba odnaleźć Mexi’ ego i mu pomóc. Przecież obiecałem. Spanikowany rozglądałem się wkoło szukając innej drogi, wreszcie spostrzegłem głęboki dół i postanowiłem tamtędy uciec. Wcisnąłem się w samą porę, bo kroki były coraz bliżej. Może mnie nie będą tu szukać.
