Sekrety Roniego Aliena – Ostatni dzień na Ux
Poranek na Ux
Właśnie rozpoczął się dzień, dlatego otworzyłem oczy szybciej niż zwykle. Przez chwilę leżałem w łóżku, które w moich snach stawało się statkiem. Dryfowałem nim po morzach przygód i czułem, że każda noc prowadzi mnie w innym kierunku.
– Roni, naleśniki stygną, złaź już z łóżka! – zawołała mama z dołu.
Przetarłem twarz dłonią i odpowiedziałem niechętnie:
– Zaraz! Ech, nie dadzą nacieszyć się świtem…
Dwa słońca krążące wokół Ux sprawiały, że każdy poranek wyglądał niezwykle. Dlatego nigdy nie chciałem wstawać od razu. Za oknem niebo dzieliło się na dwie części. Jedna tonęła w blasku, a druga powoli gasła. Uwielbiałem tę chwilę i nazywaliśmy ją wschódozachodem Solar.
Śniadanie i wyjazd do sadu
Zbiegłem na dół i wpadłem do kuchni. Na stole czekał stos naleśników, które pachniały słodką mąką i przyprawami. Masło topniało na ich powierzchni, a talerz błyszczał w promieniach Solaris, która właśnie wynurzała się zza horyzontu. Dlatego nie mogłem się powstrzymać i zjadłem kilka w pośpiechu, po czym wybiegłem przed dom.
Na ulicy kłębiły się chmary dzieci.
– Jedziemy do grzybowego sadu! – wołał Adi.
– Tam rosną gnomy, a nad nimi latają smoki! – piszczał Stir, zawsze gotowy do fantazji.
– Za dużo legend się naczytałeś – odrzekła Stella. – Gnomy i smoki to tylko bajki.
Stella była naszą opiekunką. Nosiła białą suknię przepasaną czerwoną wstęgą, ponieważ wszyscy wychowawcy młodych Uxian musieli mieć taki znak. Wstęga była symbolem wiedzy i szacunku.
Już sama myśl o wycieczce rozpalała w nas entuzjazm. Botanika mogła wydawać się nudna, jednak wyprawa do sadu brzmiała jak przygoda. Tylko ja wiedziałem, że Piores znów będzie mówił o rychłej śmierci i samotności. Dlatego w duchu marzyłem, aby tym razem się pomylił.
Pożar i panika

Nasz bus właśnie podjechał, gdy przez okno zobaczyłem ogień. Płomień rósł w siłę i pożerał dom pana Loriana.
Ludzie wrzeszczeli, że wszyscy zginiemy. Wskazywali rękami na niebo i rysowali symbole Je, ponieważ liczyli, że bóg uchroni ich przed katastrofą. Pożary zdarzały się coraz częściej, a już jedna piąta mieszkańców straciła dorobek życia.
Najbardziej żal mi było pana Loriana. Zawsze dbał o świeże wypieki. Miał długie, błyszczące skrzydła i uśmiech, który potrafił rozwiać wszystkie troski.
– Ej, co teraz z chlebkami pini będzie?! – krzyczał Stir.
On zawsze myślał o jedzeniu. Jego włosy wiecznie były posypane okruszkami, a dłonie umazane śluzem z derek.
Wrzawa narastała i w końcu Stella nie wytrzymała.
– Donikąd nie jedziemy! – krzyknęła. – Trzeba pomóc państwu Lones ratować kłosy panini.
Całe pole trawił już ogień. Iskra z Solari przeskoczyła nagle i rozniosła się po ziarnach niczym wirus. Dlatego tłum wzburzonych ludzi ruszył w stronę siedziby króla.
Warsztat ojca

Zamiast iść z nimi, wróciłem do domu, chociaż nie wiedziałem jeszcze, że to był mój ostatni dzień na Ux.
Ojciec spędzał już trzecią noc w warsztacie fabrycznym. Budował specjalne kapsuły, ponieważ ludzie wierzyli, że tylko one dadzą nam szansę. Mówiono, że pomogą znaleźć nowe światy, które będą zdatne do zamieszkania.
Nazajutrz wezwał mnie do siebie.
– Ten dzień spędzisz ze mną, Roni – powiedział. – Musisz zobaczyć, nad czym pracuję.
Warsztat pachniał olejem, dymem i żelazem. Na stołach leżały młotki, wiertła, soczewki i szkła powiększające. W kącie błyszczał korpus kapsuły.
Byłem zafascynowany, dlatego nie mogłem oderwać wzroku. Zawsze zastanawiałem się, czy naprawdę istnieje życie poza naszą planetą. Jednak doktor Ron, nasz przyrodnik, twierdził, że to niemożliwe w całej galaktyce. Uważał, że gwałtowne zmiany pogody wynikają z ruchu planet i słońc krążących po trajektorii przypominającej znak nieskończoności. Mimo to wierzyłem ojcu bardziej niż uczonemu.
Start kapsuły
Nagle poczułem silne pchnięcie i zanim zrozumiałem, co się dzieje, znalazłem się w środku kapsuły.
– No to lecisz – powiedział ojciec. – Ja się tam nie zmieszczę, ale ty bądź dzielny, Roni.
Jeszcze przez moment widziałem, jak macha mi na pożegnanie. Potem ciemność zasłoniła mi oczy.
Ucisk w głowie narastał, dlatego miałem wrażenie, że zaraz eksploduje. Niczego już nie widziałem. Słyszałem jedynie przeraźliwy gwizd i pisk.
W tamtej chwili przypomniały mi się święta Jederest. Wtedy, gdy dmuchaliśmy w flety pod czujnym okiem pana Skosa i zamiast muzyki wychodził tylko jazgot.
I w tym hałasie opuściłem Ux na zawsze.
W pewnym momencie chyba straciłem przytomność i czułem jakbym uciekał z własnego ciała. Wkrótce ujrzałem gwałtowny rozbłysk oślepiający oczy. Z odmętów świadomości wysnuł się obraz czyichś rąk. Jakoś tak wyszło że czułem rozkoszne ciepło i równoczesny chłód wokół siebie. Z głębi słyszałem intensywny czyjś oddech i szum, coś na kształt rozmów. Jednakże nic nie rozumiałem z tego. Poczułem ciepłe ręce owijające mnie w różowiutki koc. Jeszcze nie wiedziałem, że właśnie urodziłem się na nowo, ale byłem czyjąś córką na zupełnie obcym mi świecie. Coś w głowie nuciło mi „Witaj z powrotem”…
