Dyżur w Nuri

Była noc, właśnie zaczynałem swój codzienny dyżur patrząc jak zwykle w drzwi sal pełnych pacjentów z głęboką pustką w oczach. Jako ojciec przeżywałem to bardzo mocno, gdyż jednym z tych dzieci był mój pierworodny. Przez mój błąd z młodości utknął w piekle postrzegany przez społeczeństwo jako szatan. Jaris był od małego chodzącym żywiołem. Pełen niepohamowanych uczuć i pragnień. Był w opozycji do reszty świata i płonął żywym ogniem. To sprawiło, że nie pasował do reguł świata. Postrzegano go jako potencjalny zapalnik nowych kataklizmów.
Korytarze w Nuri były z szarobiałego piskowca wulkanicznego, który jako jeden z nielicznych materiałów nie ulegał erozji ani zapłonom podczas nagłych ataków psychoz. Na ścianach wisiały małe lampy w kształcie ważek. Schemat architektoniczny Nuri był podobny do domu dusz. Jedyne co różniło oba miejsca, to fakt, że tutaj ludzie byli pozbawiani swojej duszy. Zostawała tylko krzycząca pustka odbijająca się echem po ścianach. Sale przypominały więzienne lochy z kamiennymi pryczami, a część pacjentów wisiała przykuta do ścian rzemieniami z esencji Ariosa.
Smutna rzeczywistość
Sala mojego syna była wyposażona w takie rzemienie co miało zapobiegać samopodpaleniu ofiary. W sali numer 8 widać było nietknięty talerz pełen slimu. Pomimo, że było to jego ulubione danie to odkąd tu był sprawiał wrażenie jakby chciał umrzeć. Regularnie odmawiał posiłków, całymi dniami sycząc mantry, a z oczu czasem kapał ognisty żar.
Tego dnia jakby błysnęły w nim resztki nadziei. Widziałem jak siedział na swoim łożu ze skrzyżowanymi rękami i kiwając się jak w kołysce szeptał „Aria ni ne de re yba es ta de”. Była to próba przywołania siebie z powrotem do ciała. Patrzenie na codzienność zakładu było bardzo bolesne, zwłaszcza, że pełniłem tam rolę ordynatora.
Nikt nawet ja nie wiedział jak im pomóc, lecz metody stosowane przez kapłanów samego Ariosa były brutalne. Dzieci pozbawiano chirurgicznie swojego Onirusa i tkwiły jak zombi w swych celach. Standardową terapią było poddawanie onirusa polu dyfrakcyjnemu aby go rozproszyć i odparować przez ciało chorych. Jednak ból, który temu towarzyszył był niewyobrażalny.
W cichych salach, gdzie wiatr przeszywał kraty, czasem słyszano szepty „Anes Haim”.
Nie było w tych słowach rozkazu. Nie było żądania. Była tylko cicha zgoda na powrót.
Powrót do siebie. Do światła, które nawet w mroku nie gasło. Ci pacjenci wierzyli, że kiedyś ich gehenna się zakończy i pragnęli powrotu do domu dusz.
Korzystając z okazji, że nikogo poza mną nie było na dyżurze postanowiłem spędzić trochę czasu z Jarisem. Wszedłem do jego celi i usiadłem obok cicho łkając razem z nim. Ne res ta dere, oni yo de, wyszeptałem, a jego oczy spojrzały na mnie. Tym razem już bez pustki, lecz z cichą nadzieją.
