Z pamiętnika fabrykanta – dzień przed Orestem

Tamtego dnia tłok był nie do opisania. W korytarzach fabryki Serestynki biegły na oślep, każda z nich obładowana workiem nasion Oriatus. Kamienie dudniły pod ich ciężarem, a kurz ze ścian unosił się w powietrzu jak mgła. Nasiona trzeba było zmielić szybko, bo obrzędy Orestu zbliżały się nieubłaganie.
Stojąc na podwyższeniu, widziałem, jak ich dłonie uderzały rytmicznie o kamienne misy. Każdy ruch był taki sam, powtarzalny, jakby fabryka wchłaniała ich w swój odwieczny rytm. Oleisty płyn spływał strużkami, a zapach świeżo zmiażdżonych ziaren mieszał się z gorącem kotłów.
Dees wlatywały z wysoka, ciężkie niczym niemowlęta, a jednak precyzyjne. Ich skrzydła świszczały w powietrzu, a każda z nich niosła na grzbiecie pełny ładunek miodu ferolisa. Kiedy zrzucały go do kotła, złoty nektar mieszał się z ciemnym olejem. Syczący dźwięk wypełniał halę, a słodko-kwaśna woń kwiatów opanowywała powietrze.
Ich twarze zawsze przyciągały wzrok. Wyglądały jak maski gazowe, a jednak prawdziwe. Oczy błyszczały jak szkła ochronne, a aparaty gębowe pracowały mechanicznie, jak filtry pompujące życie. W dusznych korytarzach tylko one mogły oddychać bez trudu.
Na zewnątrz słyszałem płacz dzieci Orian. Czasem próbowały przecisnąć się przez wąskie wejścia, ciekawość była silniejsza niż rozsądek. Widziałem, jak strażnicy wynosili martwe ciała. Były uduszone, zgniecione przez tłum, czasem sparzone parą. Te sceny były przykrą codziennością naszej pracy, lecz musiałem zachować kamienną niewzruszoną twarz. Jedynie dorośli Orianie nigdy nie wchodzili do środka. Fabryki były dla nich zamkniętym światem, stworzonym wyłącznie przez nas, owadzich inżynierów.
