Fabryka

Fabryka

Ilustracja przedstawia rozległe, podziemne wnętrze Fabryki Orian oświetlone ciepłym, pomarańczowym blaskiem urządzeń. Ściany tworzą naturalne jaskinie z licznymi tunelami i łukowymi przejściami. Po lewej stronie stoi postać w długim płaszczu i masce gazowej, oparta o metalową barierkę i obserwująca pracę fabryki. Na pierwszym planie po prawej znajduje się duża komora inkubacyjna przypominająca metalowe jajo na masywnych nogach, w której unosi się rozświetlony, rozwijający się embrion. Z komory wychodzą liczne rury i przewody podłączone do maszyn w tle. Za inkubatorem widać kolejne zbiorniki, a droga prowadzi w głąb ciemnych tuneli. Całość ma atmosferę ciężkiej, industrialnej jaskini, w której technologia splata się z organicznym światłem.

Jako główny brygadzista zawsze pracowałem wśród tłumu zaangażowanych pracowników. Nasze korytarze powstały dzięki cierpliwej pracy Dees, które drążyły je przez wiele lat. W tych przejściach niemal zawsze dało się zauważyć ruch. Każdy pracownik znał swoje obowiązki i wykonywał je z ogromnym oddaniem.

Dees latały nad naszymi głowami i szukały składników potrzebnych do przygotowania chlebków pini oraz cennego miodu. Część z nich pełniła rolę inspektorów bezpieczeństwa. One potrafiły nas ostrzec przed niespodziewanym wyziewem toksycznych gazów. Ich ciała były przystosowane do lotu w skażonym środowisku, a ich maski gazowe stanowiły naturalną część ich twarzy. Dzięki temu mogły nas chronić, ponieważ wyczuwały zmiany w powietrzu znacznie szybciej niż my.

Naszą piekarnię prowadziły Serestynki, które wyrabiały rytualne ciasto z ogromną czułością. One zawsze dbały o to, aby każdy bochenek spełniał wymogi tradycji oraz zachował smak pamiętany przez starszych mieszkańców. Ten zapach niósł się przez całą jamę piekarniczą. Z sufitu zwisał wysięgnik, który odprowadzał wonie na zewnątrz, ponieważ w innym razie zapach ciasta unosiłby się tam bez końca.

Fabryka miała formę skomplikowanego układu korytarzy prowadzących do komór roboczych. Zaraz po wejściu można było skręcić w prawo i znaleźć jamę piekarniczą. Gdy szliśmy dalej, docieraliśmy do jamy noworodków. Tam panowało ciepło, które przypominało dzieciom atmosferę przytulnego gniazda. Dees przygotowały dla nich wygodne kojce wyrzeźbione w glinkach, aby każde dziecko mogło spać spokojnie.

Po lewej stronie znajdowało się laboratorium alchemików. Pracownicy tej komory zajmowali się rozwojem przyszłych specjalistów. Ich przestrzeń wypełniała cicha muzyka urządzeń analizujących kod dna. Czasem można było usłyszeć delikatny płacz najmłodszych robaczków, które dopiero zaczynały swoje życie.

Jasność w tunelach zapewniały Nures, ponieważ ich ciała emitowały delikatne światło przypominające drganie wody. Gdy podążaliśmy za ich blaskiem, dochodziliśmy do końca głównego korytarza, który łączył fabrykę ze szpitalem. Ta droga zawsze wydawała się spokojniejsza, jakby światło Nures wprowadzało porządek w chaosie codziennej pracy.

Nagła zmiana

Na początku tak to wyglądało. Żyło się nam spokojnie bez zbytnich problemów, których nie dało się rozwiązać. Jednakże pewnego dnia nagle rozległ się huk. Jeszcze nikt nie wiedział że nasz świat już nigdy nie będzie wyglądał tak samo.

Jasir przyfrunął wstrząśnięty i głośno opowiadał jak nie daleko lasu rozbiła się metalowa kopuła. Z niej wypełzli oszołomieni jacyś dziwni ludzie. Tak jak większość z nas miała po cztery pary rąk, oni mieli tylko jedną. Spowici jedwabną mgłą i dziwnym błyskiem w oczach. Niektórzy jęczeli złowieszczo i bełkotliwie.

Czym prędzej polecieliśmy zobaczyć co się stało. Wszędzie walały się kawałki dymiącego metalu, a pośród nich leżały owe istoty. Było ich pięcioro, leżeli nieprzytomni. Jeden powtarzał coś jakby Ase re de?, lecz myśmy nie rozumieli. Poleciłem aby jak najszybciej zwołać Nures. Miałem nadzieję że one pomogą nam zrozumieć kim są nowi przybysze. Ewidentnie nasz klimat robaczkom nie służył. Akurat mieliśmy środek Ferestu, więc nawet ja nie czułem się dobrze. Ale myśmy mieli nasze kwiatki, na szczęście dobrze sprawdzały się jako filtry gazowe.

Nures spanikowane przyleciały z pękiem Ferolisów, aby ograniczyć postępujące zatrucie gazami siarkowymi. Sami nie byliśmy wstanie ich przydźwigać, byli ogromni. A my tacy mali. Gdzieś po środku zgliszczy słyszałem kwilenie, jakby niemowlaka. Poleciałem przeszukać odłamki i znalazłem małe piszczące zawiniątko. Było tylko trochę mniejsze od nas. Chyba ich larwy?, zastanawiałem się.

Tamten dzień na długo zapadł wszystkim w pamięć.

Z pamiętnika fabrykanta »

Mexi
Mexi
https://www.uxologic.pl